Menu

Niezapomniany wyjazd motocyklowy na Ukrainę

Październik 21, 2017 - Motocyklowe wspomnienia
Niezapomniany wyjazd motocyklowy na Ukrainę
Swego czasu ktoś z forum africa twin organizował wyjazdy na Ukrainie pod dumną nazwą szuter party. Pewnego razu mój brat zapisał się na to wydarzenie by pojechać tam swoją Honda Africa Twin. W pełni przygotowany do wyjazdu dzień wcześniej stwierdził, że nie może znaleźć nigdzie paszportu. Bo cała impreza odbywała się na Ukrainie, na Zakarpaciu (tuż przy granicy z polską) w pięknych górach gdzie władz jeszcze nie wpadły na pomysł by zakazać jazdy pojazdami mechanicznymi po górach. Zatem trzeba korzystać póki czas…
Porzuceniu całego domu i garażu wszystkich samochodów, walizek i toreb brat się poddał. Nie znalazł paszportu. Na wyjazd był umówiony z nim kolega z którym jeżdżą motocyklami od dziecka. Zatem żeby nie było mu smutno jechać samemu na zlot, zaproponowali mi wyjazd. Nie wiedząc co mnie czeka podjąłem decyzję, że jadę.
Honda XRV 750 RD07 w trasieZabrałem parę rzeczy osobisty, reszta była już przygotowana, opony założone, łańcuch nasmarowany, namiot, śpiwór, klucze, zapasowe dętki spakowane. Jeśli opony na taki wyjazd to polecam tylko Mitas C-02 np. z Gmoto.pl (https://gmoto.pl/opony-cross-i-enduro,3491/, a dętki tu: https://gmoto.pl/detki-motocyklowe,935/). Pragnę w tym miejscu dodać że moje sumaryczne doświadczenie jazdy motocyklem na tamten moment to było może kilka tysięcy kilometrów zrobionych w liceum starą MZtą i parę razy w koło komina po asfalcie wspomnianą Hondą.
Z rana wyjechaliśmy do granicy nie było większych przygód. Po drodze spotkaliśmy innych śmiałków z którymi razem stanęliśmy w kolejce na przejściu granicznym. Impreza odbywała się w sierpniu, a należy dodać że poprzedzający cały miesiąc padał w tym rejonie deszcz (również w Polsce). Po dosyć sprawnej odprawie na granicy, zakupie waluty pod najbliższym sklepem, zaopatrzeniu w walutę płynną (pół litra) cukierków (są bardzo dobre na Ukrainie), wody do picia ruszyliśmy z kolegą brata i trzema innymi motocyklistami z rożnych miejsc Polski w dalszą trasę.
W pewnym momencie Paweł który znał trasę do punktu startowego imprezy (gdzieś w górach) pokierował nas w boczną drogę. Nie było już asfaltu który i tak na Ukrainie nie rozpieszcza. Zaczął się trochę ślisko, ale pod górkę dodałem więcej gazu i jakoś to poszło. Gorzej się zrobiło gdy moim oczom ukazało się zbocze wydeptane przez bydło i grząskie po kostki, długie na 500 m i pochylone ze 30% w dół. I weź tu zjedź ważącym 270 kg motocyklem. Ok jakoś to będzie. Wszystko szło dobrze dopóki kolega przede mną jadący Transalpem wyciął orła. Gdy tylko to zobaczyłem, również poczułem się nie swojo i poszedłem w ślady mojego przed-jeźdzczy.
Po wielu próbach podniesienia ciężkiego motocykla na błotnistym stoku, z pomocą kolegi ruszyliśmy znowu w dół. A to było dopiero pierwsze może 200 m odcina poza szosą. Po drodze do samego dołu gleba powtórzyła się jeszcze parę razy, aż dotarliśmy na sam dół stoku gdzie ujrzeliśmy prowadzącego naszą grupę Hondą Transalp zakopanego po tablice rejestracyjną.
Kolega na Tenere XTZ 660Ochoczo ruszyliśmy z pomocą, po czym okazało się że to był suchych butów i spodni nie bedę miał już do końca wieczoru. Zapadliśmy się w grząskim błocie, aż po pas. Jak się później okazało spędziliśmy w tym miejscu chyba kolejne dwie godziny, gdyż poza grząskim po pasa błotem tuż obok do pokonania było śliski, krótki, stromy pagórek, który bez doświadczenia jazdy crossem enduro luby jakkolwiek to nazwać okazał się koszmarem.
Obok nas średnio co 15 minut przejeżdżały grupki lekkimi motocyklami cross: KTM, Yamaha WRF, Honda CRF. A my tymi ciężkimi „kur….” staliśmy jak „cip…y” (kolega jechałem Yamaha Super Tenere) Po jakimś czasie ukraińskie dzieci (na oko 7-8 lat) zaczęli nam pomagać pokonać ten pagórek gdyż zaczęło się pomału ściemniać. A to było może pierwsze 500 m trasy.
Nie pamiętam już dokładnie którym sposobem wyjechałem na górę, ale później kawałeczek było lepiej. Zauważyłem że dopóki jechałem za Pawłem który ewidentnie miał duże doświadczenie w operowaniu jednośladem po błocie jechało mi się dobrze i bardzo sprawnie bo mogłem go obserwować i robić to samo co on.
Kolejne kłopoty zaczęły się gdy kolega zawołał mnie by mu pomóc podnieść jego Tenere XTZ 660, wtedy Paweł pognał do przodu a ja zostałem z chłopakami którzy ogarniali nieco mniej jazdę. Wtedy i ja zacząłem bardziej równać techniką do tych początkujących.  I zaczęło się…
Na zmianę po wywaleniu się musieliśmy zsiadać z motocykli i pomagać drugiemu podnieść jego ciężki motocykl bo nie było jak się zaprzeć bo motocykl przy próbie podniesienia zamiast się podnosić to sunął się płasko leżąc. Największym wyzwaniem było to by samemu zsiąść z motocykla bo nie było go jak postawić, stopka boczna zapadała się w grząskim błocie, o centralnej nie było mowy. Czasami udało się oprzeć o drewniane barierki które wytyczały drogę, bo jechaliśmy drogą do przeprowadzania bydła a po całym deszczowym lipcu zrobiło się tu niezłe bagno. Mimo, że wszyscy jechaliśmy na oponie typu kostka, bodajże Mitas C-02 było tak grząsko że nie wiele pomagały.
W pewnym momencie mieliśmy już tak dość, że chciałem się kłaść spać gdzie stałem, problemem było to że nie było gdzie stanąć suchą nogą nie mówiąc o rozłożeniu namiotu. Paweł który pognał do przodu, wrócił się i proponował swoją ręczna pomoc w przeprawie motocykli. Obiecywał że już nie daleko. Chciało mi się cholernie pić, a woda którą miałem wciśnięta w karimatę gdzieś zgubiłem na szutrowych wybojach jeszcze zanim dojechaliśmy do błota. Zacząłem pić wodę z kałuży cedząc ją przez żeby zminimalizować ilość błota które rzęziło w zębach.
Honda RD07 w lesie i pierwsze próbyBrak siły, wody, doświadczenia spowodował że najmniejsza kałuża była już wielkim wyzwaniem. Jedyne co byłem w stanie robić to odkręcić manetkę do spodu, maksymalnie rozpędzać się na jedynce i wjeżdżać całym impetem w taką kałużę, by zdobyć jak Adam Małysz jak najwięcej metrów przy wyskoku z kałuży. Bolał mnie każdy mięsień, nie miałem pojęcia jak długo jeszcze to potrwa. Honda coraz gorzej odpalała, bo co chwile gasła, zalewała się paliwem leżąc na glebie. Koledze w Transalpie zaczęło gdzieś cieknąc paliwo. Po prostu horror. Piszę to po 10 latach od tej „imprezy”, a wciąż ją dobrze pamiętam i chyba nigdy nie zapomnę. Adventure pełna gębą 😃
Napisałem „imprezy” w cudzysłowie u bo na imprezę nie dotarliśmy. Rozłożyliśmy się z namiotem na najbliższym skrawku w miarę twardej ziemi. Nie którzy jeszcze przejeżdżali koło nas i jechali dalej. My już mieliśmy dość. Usłyszałem w oddali strumyk, poszedłem go namierzyć, żeby się napić. Woda to boski wynalazek ! 😃
Rano okazało się że nasze motocykle są zaparkowane prawie u kogoś pod domem i nasze namioty też. Pani która wyszła z domu nieśmiałe zaproponowała kawy. Chętnie się zgodziliśmy. Chociaż myśleliśmy że dostaniemy ochrzan za to że się rozłożyliśmy być może u nich na ogrodzie. A Pani wręcz przeciwnie zawołała całą rodzinę, rodziców, dzieci i robiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Do tego jeszcze doniosła chleba, sera i tak zjedliśmy śniadanie.
Po uprzejmościach i uporządkowaniu obozowiska spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę, ale już nie do celu wyjazdu ale z powrotem na granice by jechać do domu bo mieliśmy dość, a trasa podobno później wiodła przez jeszcze trudniejsze etapy. Dla nas wystarczyło wrażeń chyba do końca życia. Dziękuję organizatorom, bratu, kolegom i Hondzie… 🙂

Dodaj komentarz